Zaznacz stronę

Jeśli zdarza się Wam chodzić do kina częściej niż raz na miesiąc, to z dużym prawdopodobieństwem traficie na film, który jest remakiem lub kontynuacją jakiejś kultowej produkcji z lat 80. czy 90. Z jeszcze większym prawdopodobieństwem ten film okaże się gniotem o poziomie emocji porównywalnym do nowej edycji Koła Fortuny.

Dlatego kiedy ogłoszono, że powstanie sequel „Łowcy androidów” nawet sam reżyser Denis Villeneuve przyznał, że to „fantastyczny, cudowny i ZŁY pomysł”. Po prostu ruszanie takich klasyków to kusząca, ale ryzykowna zabawa. Twórcy kontynuacji Blues Brothers, Nagiego Instynktu albo Pogromców Duchów coś o tym wiedzą.

Na szczęście Blade Runner 2049 nie okazał się kolejnym skokiem na kasę, kastrującym legendę swojego pierwowzoru. Villeneuve nie próbował kserować dzieła Ridleya Scotta, tylko stworzył własną, spójną opowieść. A nie było to łatwe, bo historia przedstawiona w ”Łowcy androidów” była wielokrotnie przerabiana, a sam soundtrack doczekał się kilku wersji.

Nowy Blade Runner dzieje się więc 30 lat po wydarzeniach z pierwszej części, w rzeczywistości jeszcze mroczniejszej, jeszcze bardziej deszczowej i jeszcze bardziej postapokaliptycznej. Ludzkość dochodzi do siebie po „10 dniach ciemności”, gdy wszystkie cyfrowe dane od kont bankowych po obciachowe fotki z imprez przepadły na zawsze.

W tym czasie główny bohater pierwszej części Rick Deckard odkrywa uroki emerytury w towarzystwie kudłatego psa i flaszki Johnny’ego Walkera. Znajduje go tam oficer K, czyli postać grana przez Ryana Goslinga. I tu kolejne pozytywne zaskoczenie, bo obsadzenie go w głównej roli budziło sporo kontrowersji. Gdy serce mówiło: „nie mogę się doczekać nowego Blade Runnera!”, mózg odpowiadał: „Nie ekscytuj się, Gosling i Jared Leto wszystko zepsują”.

I o ile postać grana przez tego drugiego jest nieco karykaturalną wersją technologicznego oszołoma, to Gosling daje radę jako beznamiętny android, zachowujący spokój nawet gdy ktoś akurat wyburza ścianę jego głową. W niezłej formie wraca też Harrison Ford jako Deckard. O ile w nowych Gwiezdnych Wojnach aktor robi za element dekoracji, to w filmie Villeneuve’a jego postać ma większy wpływ na fabułę.

Zostawiając na boku fabułę, „Blade Runner 2049” to prawdziwa audiowizualna uczta. Do hipnotycznych, wgniatających w fotel kadrów można wzdychać jak oficer K do swojej cyberdziewczyny, dlatego wybierając się na seans koniecznie znajdźcie największy ekran w mieście. A i muzyka Benjamina Wallfischa i Hansa Zimmera podbija nastrój.

Oczywiście film ma też swoje wady. Bohaterowie czasami tłumaczą więcej niż trzeba, jakby fabuła wymagała dodatkowej instrukcji obsługi. Ale koniec końców na nowego Blade Runnera warto było czekać. Nie ma profanacji oryginału, odcinania kuponów i żerowania na nostalgii. Jeśli ktoś lubi klimatyczne kino science-fiction – doceni obraz Villeneuve’a. Jeśli ktoś lubi interpretacyjne rozkminy i „pytania o człowieczeństwo” – też nie będzie się nudził. A jak ktoś jest filmowym gadżeciarzem, to już może zacząć szukać na eBayu repliki płaszcza bohatera granego przez Ryana Goslinga.